Mazury 2016 – czas na 3M czyli Miłomłyn, Małdyty i Morąg

Dzień 4 to dzień pod hasłem 3xM – czyli Miłomłyn, Małdyty i Morąg. To też najdłuższa trasa na mazurach i taka gdzie wjechałem najwyżej, bo na najwyższy punkt Warmii i Mazur – Gorę Dylewską.

Początek identyczny z dniem poprzednim. Zacząłem od wyjazdu na Tułodziad. Tego samego co wczoraj i tak samo stromego i upierdliwego jak wczoraj. Nic przez noc się nie zmieniło. A potem zamiast wygodną i względnie płaską drogę na Lubawę skręciłem w drogę na Górę Dylewską. Podobno będzie stromo.

Stromo było. Ledwo zjechałem z głównej drogi a ku mej uciesze pojawił się znak.

Podjazd

To nie był też jedyny znak oznaczający tak stromy podjazd. Za nim był znak oznaczający równie stromy zjazd a potem …. znowu podjazd tym razem na 7%. Ognień w udach, ale da rade wjechać na górę. Za kolejnym tego typu podjazdem jest kolejny znak „Dylewska góra 400m >>”, wiec skręcam w prawo i pcham znowu pod górę pod sam szczyt Dylewskiej. Wjechałem pod samo oznaczenie i kamień szczytowy.

Dylewska Góra

To najwyższe wzniesienie całej północno-wschodniej Polski mające 312 m. n.p.m. Dookoła niego rozciąga się Park Krajobrazowy Wzgórz Dylewskich. Natomiast na szczycie poza jego oznaczeniem jest jeszcze drewniana wieża widokowa. Widoki z niej są… oszałamiające. Widać z niej dobre kilkadziesiąt kilometrów mazur.

Wzgorza Dylewskie

Potem w dół. I to jak!! Na zjazdach były ograniczenia prędkości do 40, do 50 km/h i to miało sens. Zjazdy były tak strome i długie, że nic specjalnie nie robiąc (nie używając hamulców) można zjeżdżać ponad 50 km/h. Tylko czuć łzy w oczach i łopotanie kurtki.

W ten sposób Pietrzwałd (który jest w połowie zjazdu) to miasteczko które minąłem w mgnieniu oka.

Pierwsze M – zaliczone!

Pierwszy cel – Góra Dylewska zaliczona. Teraz czas na 3xM czyli jadę na Miłomłyn. Tutaj droga bez sensacji, znowu bardzo podobna do tego co jechałem dzień wcześniej. Znowu przez Samborowo i Liwę. Tyle, że potem nie w las ostródzki tylko na Miłomłyn.

Miłomłyn - kościół

W Miłomłynie stuknęło mi już ponad 50 km wiec czas zrobić postój. Posiedziałem pod parasolem na przeciwko kościoła. Zjadłem kanapki. Kupiłem coś do picia i pojechałem dalej.

Za Miłomłynem natomiast rozciągają się „Hawaje” czyli stara droga krajowa 7 na której nie ma w ogóle ruchu i która prowadzi długimi wielokilometrowymi drogami na wprost. Dodatkowo dookoła jest pusto. Nie ma domów i lasów. Są tylko pola i puste przestrzenie. Jak na Kona na Hawajach. Jechać też można jak na Hawajach, bo o ile nie ma wygwizdowa (a na takich pustych prostych o to łatwo) to można wlepić wzrok w asfalt i zasuwać ile fabryka dala.

Drugie M – zaliczone!

Z Miłomłyna do Małdyt według mapy jest 19 km ale mi to minęło dużo szybciej. Tak na zasadzie, ze za Miłomłynem jedna prosta, druga, lekki podjazd, jeszcze jedna prosta i już Małdyty. Małdyty w których ciężko o specjalne atrakcje. Znalazłem sklep i bankomat. Jest dobrze.

Małdyty - rynek

Droga na trzecie M czyli do Morąga również była prosta ale bez takich hawajskich prostych. Asfalt gorszy, ruch większy ale ogólnie może być. Myślałem aby w międzyczasie wyskoczyć do Wenecji, ale nie chciało mi się pchać w szutrowe drogi.

Wenecja

W Polowie drogi postój na popas – w Dobrocinie – poznałem pod sklepem kilkoro miejscowych, podładowałem baterie w aparacie, pojadłem i popiłem. Sklep w Dobrocinie przyjął mnie jak swojego. Generalnie jeśli mam robić przerwy to lepiej je robić właśnie w takich małych wioskach. Ludzie milsi, i drogę ci wytłumaczą, i z prądu w sklepie skorzystać pozwolą, i roweru nie trzeba zapinać… W większych miastach jest z tym trudniej.

Trzecie M – zaliczone!

Kilka kilometrów za Dobrocinem czekało na mnie większe miasto – Morąg. Miasto z resztkami zamku krzyżackiego, murowaną katedrą i rynkiem wokół którego prowadzi główna droga przez Morąg i którą jeżdżą samochody. Na rynku też jest coś charakterystycznego – armaty.

Morąg - rynek

Od tego miejsca skończyło się zwiedzanie. Czas jechać znowu na południe i kierować się na swoją bazę pod Grunwaldem. Droga na Ostródę prosta, przez Zawroty, Ruś i Szeląg. W tej drugiej Rusi – napotkałem bardzo mile jeziorko w którym się trochę opłukałem.

Dalej droga bez przygód. Po bardzo fajnych leśnych drogach po których aż miło było jeździć.

Jak się ma coś zepsuć to w najgorszym momencie

Niespodzianek nie było aż do samej Ostródy, kiedy to spadł mi łańcuch co samo w sobie nie jest awarią godną uwagi. Gorzej, że łańcuch spadł i zaklinował się między tarczami. Nie dało się go wykręcić i naprawić jadąc i zmieniając przerzutki. Musiałem się zatrzymać, co nie było proste bo po lewej miałem sznur samochodów i TIRów a po prawej wielką stalową barierę. Bariera kończyła się dopiero kilkaset metrów dalej. Dopiero jak się do tego miejsca dotoczyłem, mogłem zejść z drogi, zdjąć sakwy, odwrócić rower i ręcznie wyciągnąć ten łańcuch z przerzutek. Najgorzej że stało się to kiedy jechałem po fragmencie budowanej trasy S7 – ale w końcu – jeśli ma coś ci się przydarzy to zdarzy się to w najbardziej niewygodnym dla ciebie momencie.

Naprawa roweru

Po naprawieniu roweru pojechałem do Ostródy na trzeci popas. Wczoraj wjechałem w Ostródzie na molo. Dziś zajechałem przed krzyżacki zamek (który jest od mola dosłownie o rzut beretem). A potem na obiad!

Ostróda - zamek

Końcówka to natomiast kopia  trasy z dnia poprzedniego. Tym razem jednak bez zachodów słońca, bez tak ładnych widoków. Ot, po prostu tak, aby jak najszybciej dojechać na bazę. A tam zaliczyłem najkrótszy wieczór jaki mogłem. Po całym dniu na rowerze byłem tak padnięty, że nawet nie zdążyłem jeszcze czegoś zjeść. Wlazłem w śpiwór i zanim pomyślałem „to był zajebisty dzień” – już spałem.

Czwartego dnia przejechałem 155 kilometrów. Łącznie po czterech z siedmiu dni rowerowej wyprawy miałem już 628 km. Jutro dzień piąty!

Mazury 2016 – zobacz co się działo kolejnego dnia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *