Mazury 2017 – Ostrołęka zamiast Łomży

Przed wyjazdem pisałem, że plany lubią się zmieniać i ten zmienił się już pierwszego dnia. Celem pierwszego dnia była Łomża. Trochę się przeliczyłem i dzień zakończył się kilkadziesiąt kilometrów bliżej w Ostrołęce. Czego zupełnie nie żałuję.

Mazury 2017 (dzień 1 z 9)
Trasa Żyrardów-Nowy Dwór Mazowiecki-Nasielsk-Pułtusk-Ostrołęka
Dystans 185,3 km

Mazury 2017 - dzień 1

Najgorszy w takich wypadach jest pierwszy krok. Ten spod ciepłej pierzynki na dwór kiedy wiesz, że pod swoją miękką kołderkę wrócisz za kilka a może i kilkanaście dni. Przez ten czasz wszystko będziesz musiał wozić ze sobą – namiot, śpiwór, narzędzia, apteczkę, ciuchy rowerowe i cywilne na każdą pogodę… Im mniej tym lżej ale pewnych rzeczy nie da się nie wziąć. Jakbym czegoś nie spakował to kicha…

Nowy Dwór Mazowiecki

Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów najbardziej banalne. Najpierw droga na Teresin. Potem przez Górki na Nowy Dwór Mazowiecki. Do Wisły nie miało być i nie było żadnych niespodzianek. Pierwszy postój we wspomnianych Górkach w sklepie spożywczym w którym zatrzymywałem się już wielokrotnie. Tego postoju nie planowałem ale żołądek dawał mi znać, że skromne śniadanie zjedzone z samego rana przed wyjazdem to za mało. Pęto kiełbasy i kilka bułek załatwiło sprawę.

Przejazd przez Nowy Dwór Mazowiecki to najwęższe gardło całej wyprawy. Do wyboru są tu dwa mosty przez Wisłę. Pierwsza możliwość to most na drodze ekspresowej na który można dostać się też schodami i przejechać go chodnikiem. Minusem są wjazdy a raczej wejścia na most. Wnoszenie kilkudziesięciokilogramowego roweru po wąskich schodkach nie było kuszącą perspektywą. Druga możliwość to most na drodze krajowej nad Wisłą a potem kolejny nad Narwią. Można je pokonać bez schodów i bez schodzenia z roweru. Minusem jest tylko duży ruch i wąska droga.

Wybrałem ruchliwą trasę bez schodów przez dwa mosty.

Nowy Dwór Mazowiecki - most

Nasielsk i Pułtusk

Za Nowym Dworem droga się uspokoiła. Kolejny na szlaku był Nasielsk do którego prowadzi całkiem dobra i sympatyczna droga. Przez chwilę pomyślałem, żeby w Nasielsku zrobić chwilę przerwy ale Nasielsk okazał się mało atrakcyjnym miastem. Główny plac nie wzbudzał zaufania. Na inne ciekawe miejsca nie trafiłem. Pojechałem dalej.
Następny był Pułtusk ale zanim do niego dojechałem miałem pierwszy kryzys. Nie jakiś szczególny ale droga za Nasielskiem okazała się bardziej pagórkowata niż ta przed. Ja natomiast (taka moja teoria) chyba od początku jechałem trochę za mocno jak na to że wiozę w sakwach kilkadziesiąt kilogramów szpeju. Niezależnie od tego co było powodem to droga na Pułtusk ciągła się niemiłosiernie.

Na jej końcu czekał Pułtusk – miasto które pozytywnie mnie zaskoczyło. Szybko okazało się że nie da się przez niego ot tak sobie przejechać. W Pułtusku znajduje się całkiem spora „starówka”, sporych rozmiarów rynek z ratuszem, zamek… Wszystko zadbane i sprawiające wrażenie, że chciałoby się tu zostać chwilę dłużej. W ten sposób miałem przez Pułtusk przelecieć jak strzała, a spędziłem w nim dobrą godzinę. Przy okazji odpocząłem.

Pułtusk - rynek

W Pułtusku też po raz drugi przekroczyłem Narew. Rzeka ta była właściwie osią pierwszych dni i pierwszych dwustu kilometrów. Przekraczałem ją w Nowym Dworze Mazowieckim, Pułtusku a później jeszcze w Ostrołęce, Nowogrodzie i Łomży.

Pułtusk - most

Ostrołęka

Za Pułtuskiem już nie było górek. Jechało się dobrze. Pierwszy kilometr, drugi, dziesiąty, piętnasty, dwudziesty. Niby niedużo a dookoła miałem to pole to las. Tak na zmianę kilometr po kilometrze. Urokliwa sceneria ale po pewnym czasie monotonna. Tym bardziej, że patrząc na mapę miałem wrażenie jakbym stał w miejscu. Ostrołęka była daleko, a ja co chwilę nawigowałem na której wsi w którą stronę skręcić. Dookoła cały czas to pole to las. Tak w nieskończoność. Przerwa w spożywczaku byłaby kuszącą perspektywą ale nawet spożywczaków nie było.

Droga na Ostrołękę

Kiedy w końcu znalazłem spożywczak zadałem jedno z głupszych pytań:

– Ile do Ostrołęki? – co bym nie usłyszał w odpowiedzi to tak czy siak muszę to przejechać.

– Przez Kobylin to z 50 kilometrów będzie – usłyszałem w odpowiedzi, co mnie wcale nie pocieszyło ale dało do zrozumienia że mam przed sobą co najmniej 2,5 godziny jazdy po polach zanim zobaczę Ostrołękę. Podziękowałem za informację, kupiłem jagodziankę, których podczas całego wyjazdu zjem niezliczoną ilości i wsiadłem na rower. Przede mną ciągnęło się długie 50 km do Ostrołęki.

Nowy Lubiel

Kilka kilometrów dalej spotkałem towarzysza. Również sakwiarza. Wyjechał na to samo skrzyżowanie co i ja ale z nieco innej strony. Nie chciało mi się go gonić bo nie po to jadę sam aby w trasie szukać towarzystwa. Ja mam swoje do przejechania a on swoje. Między nami była przerwa kilkaset metrów (raz większa, raz mniejsza) i jechaliśmy tak jeden za drugim aż do Ostrołęki. Tam dopiero się spotkaliśmy i chwilę pogadaliśmy. Tego dnia jechał z Wyszkowa na Ruciane.

Dwadzieścia kilometrów przed Ostrołęką zacząłem też liczyć i wyliczyłem, że będę w Ostrołęce na jakąś 18:00. Późno. Miałem do wyboru albo przejechać na szybko przez miasto i pchać aby szybciej na Łomżę, ale wtedy nic w Ostrołęce bym nie zobaczył a do Łomży dojechał o zmroku. Mogłem też skończyć w Ostrołęce, zobaczyć miasto, zjeść jak człowiek… Tylko co z noclegiem?! Hmmm…

Chwilę potem stwierdziłem że to nie wyścig i że kończę na Ostrołęce. Nocleg jakiś się znajdzie.

Po kolejnych długich i nudnych kilometrach w końcu zobaczyłem upragnioną tablicę.

Ostrołęka - tablica

Kocham Ostrołękę!

Ostrołęka ugościła mnie po królewsku. Po pierwsze samo miasto okazało się całkiem sympatyczne. Punktem charakterystycznym jest Most Madalińskiego nad Narwią.

Ostrołęka - Most Madalińskiego

To był właściwie koniec kręcenia na dziś. Zrobiłem sobie spacer po mieście. Znalazłem tani i dobry nocleg na obrzeżach miasta. Znalazłem też pizzerię – Pizza Rica. Dlaczego oni? Dlatego, że pierwsza pizzeria na jaką trafiłem mieściła się na piętrze, po schodkach, a mając cały dobytek na rowerze wolę usiąść w ogródku na poziomie chodnika i mieć rower na oku. Dlatego właśnie wybrałem Pizza Rica. Wszedłem i poza tym, że miałem ochotę na placka to byłem zbyt zmęczony aby sprecyzować co chcę więcej.

Obsługa stanęła na wysokości zadania. „Szef zamieszania” pizzerii polecił mi jedną z pozycji w menu. Przystałem na jego propozycję. Polecił mi piwo. Zgodziłem się. Tak sympatycznie się z nimi gadało, że nie wiem jak to się stało, ale zaproponował mi że drugie piwo będzie na koszt firmy. Nie kłamał. Generalnie choć nie dojechałem do Łomży, to na koniec dnia zjadłem bardzo smaczną pizzę, popiłem bardzo dobrym piwem i jeszcze następne dostałem na koszt firmy. Kocham Ostrołękę! Nie żałuję Łomży!

Ostrołęka - Pizza Rica

Nie jest to natomiast koniec ostrołęckiej gościnności bo kiedy nazajutrz rano, kiedy złapałem „kapcia” dostałem od pewnego Ostrołęczanina w ramach pocieszenia kolejne piwo…

Ale to już materiał na następną historię.

Mazury 2017 – zobacz co się działo kolejnego dnia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *