Mazury 2017 – wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa

Zaczęło się jak zwykle. Z nad jeziora Nidzkiego prostą drogą na Ruciane-Nida. Następnie kierowałem się na północny-zachód gdzie leżał główny cel na dziś czyli Mrągowo. W drodze powrotnej planowałem też wreszcie wpaść na rybkę do Krutyni.

Mazury 2017 (dzień 5 z 9)
Trasa Ruciane-Nida-Mrągowo-Krutyń-Ruciane-Nida
Dystans 102,6 km (razem: 605,0 km)

Mazury 2017 - dzień 5

Z Rucianego kierowałem się głównymi drogami w stronę Ukty. Dopiero za Uktą zjechałem z dużych dróg na te małe. Asfalt od razu stał się bardziej dziurawy a i górki na mniejszych drogach jakby większe. Jechałem na Kosewo, skąd już było rzut beretem do Mrągowa. Żeby jednak nie było za prosto chciałem przy okazji objechać jezioro Czos, wjechać do Mrągowa od strony wschodniej a potem wyjechać na południe.

Dlatego też za Kosewem wjechałem na małe ziemne dróżki. Raz pogonił mnie pies, raz znalazłem odcinek mojego ulubionego mazurskiego bruku. A raz jechałem przez „Shire”. Patrząc na tak ukształtowane pagórki skojarzenie z Shire było jak najbardziej na miejscu. Brakowało tylko hobbitów.

Okolice jeziora Czos

Mrągowo

W ten sposób dojechałem do Mrągowa i nad jezioro Czos. Amfiteatr był zamknięty na cztery spusty ale to nic. Postąpiłem niczym wzorowy turysta odwiedzający miasto i podążałem wzdłuż jeziora. Raz było je widać lepiej, raz gorzej a raz przez takie urokliwe prześwity.

Jezioro Czos

Punktem obowiązkowym było też Mrągowskie molo. Odremontowane odkąd byłem tu ostatni raz jakieś 8 lat temu. Teraz wygląda zdecydowanie lepiej.

Mrągowo - molo

Na zdjęciach tego nie widać ale w Mrągowie złapał mnie pierwszy deszcz tego dnia. Moje szczęście było takie że będąc akurat w mieście schowałem się pod pierwszy lepszy parasol i postanowiłem wziąść matkę naturę na przeczekanie. Przy okazji pojadłem, popiłem i odpocząłem. A deszcz jak to deszcz. Tak szybko jak zaczął padać tak skończył i mogłem jechać dalej.

Mrągowo - fontanna

Krutyń

Cel numer dwa na ten dzień to Krutyń. Aby nie jechać tą samą drogą co przyjechałem wyjechałem z Mrągowa drogą krajową na Piecki. Nie była to może najlepsza i najładniejsza droga, ale za to najszybsza. Chwila, moment byłem w Pieckach a potem zjechałem w mniejsze drogi i… znowu zaczęło padać.

Kiedy dojechałem do Krutyni już nie padało. Zjechałem więc nad rzekę którą każdy przyjeżdżający w tą okolicę kojarzy ze spływów kajakowych. Jeżdżąc po okolicy nie da się też nie zauważyć że co kilka do kilkunastu minut mija cię samochód z bardzo charakterystyczną przyczepą na kajaki. Raz jedzie pusty a raz wyładowany kajakami. Jechałem w dzień powszedni z nie najlepszą pogodą, więc na rzece było w miarę pusto. W weekendy jest ponoć dużo ciaśniej.

Krutynia - kajaki

W Krutyni też nie mogłem minąć Karczmy Zacisze. Przy okazji kiedy do niej dojechałem po raz kolejny nad głową pojawiła mi się czarna chmura. Znowu jak w Mrągowie miałem szczęście, że kolejny deszcz przyszedł w miejscu gdzie miałem się gdzie schować pod dachem. Wszedłem do karczmy:

– Dzień dobry!
– Dzień dobry, co podać?
– Zanim tu przyjechałem to już wiedziałem, że zamówię sandacza w sosie kurkowym.
– Bardzo dobry wybór.

Tak więc po krótkim oczekiwaniu na stole pojawił się sandacz. Ryba to ryba, ziemniaczki to ziemniaczki ale sos kurkowy mógłbym w takim wykonaniu jeść sam. Taka pychota.

Sandacz w sosie kurkowym

Skoro już byłem nad Krutynią to zamiast wracać prosto do Rucianego pojechałem wzdłuż rzeki. Jechać wzdłuż niej to nie to samo co płynąć. Z drogi rzekę widać tylko przejeżdżając przez mosty. Właściwie pod każdym była mini-przystań dla kajaków. Ostatnie miejsca w jakim widziałem Krutynię było w Ukcie.

Krutynia - zakole rzeki

Stąd już chwila do Rucianego, gdzie tradycyjnie zrobiłem sobie zapasy na kolację i śniadanie dnia następnego.

Na koniec zawsze zostawało mi dojechać do mojej bazy w Stanicy Czaple nad jeziorem Nidzkim. To tu spędzałem każdy wieczór. Co wieczór było tu właściwie tak samo – cicho, spokojnie, a jeśli już coś pojawiało się na jeziorze to albo żaglówki albo kaczki. Po całym dniu kręcenia pierwsze co robiłem to kąpałem się w nim a potem lądowałem z „zimnym zielonym” na pomoście i patrzyłem się na wodę, niebo, kaczki… I tak aż mnie sen zaczynał morzyć.

Jezioro Nidzkie

Tym razem wieczór na pomoście okazał się krótki, bo wraz ze zmierzchem przyszedł kolejny (i ostatni tego dnia) deszcz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *