Na dwa tygodnie rowerem w Polskę – jak się spakować?

Z pakowaniem się jest tak, że z jednej strony chciałoby się zabrać jak najwięcej aby „mieć wszystko”. Z drugiej strony każdy taki drobiazg swoje waży i chcąc nie chcąc rower będzie cięższy. Ten ciężar trzeba będzie ze sobą tachać przez całą trasę. Co więc ja zabieram na swoje 1-2 tygodniowe wypady po Polsce?

Generalnie cały ekwipunek bardzo łatwo podzielić na kilka grup: spanie, narzędzia, kosmetyczka + apteczka, ciuchy rowerowe + cywilne, elektronika.

To wszystko jedzie ze mną dzień w dzień. W dwóch sakwach tylnych bocznych, w worze na bagażniku, w małej saszetce pod kierownicą i plecaku/kamizelce na plecach.

Rower - Jak spakować sakwy?

Po pierwsze spanie

Tutaj jest najmniej filozofii bo potrzebuję właściwie trzech rzeczy. Po pierwsze namiotu, który powinien być jak najmniejszy, najlżejszy i zajmować jak najmniej miejsca. Ten najmniejszy model namiotu z Decathlona za 99 PLN sprawdza się znakomicie. Po drugie – śpiwór. Po trzecie – mata samopompująca. Do tej ostatniej mam pewne zastrzeżenia bo mam wrażenie że z samopompowaniem ma mało wspólnego. Ale po jej nadmuchaniu śpi się na niej wygodnie.

Większość tego sprzętu (namiot, mata) jedzie w worze na górnym bagażniku. Śpiwór jedzie w jednej z bocznych sakw.

Po drugie narzędzia

Też tak standardowo, czyli zestaw kluczy rowerowych, multitool, dwie zapasowe dętki, łyżki do opon, małe kombinerki. Z bardziej interesujących rzeczy wraz z narzędziami jedzie też kilka linek/ekspanderów z haczykami (przydają się i do zapięcia mapy na kierownik, do rozwieszenia prania i jeszcze paru innych rzeczy). W saszetce z narzędziami wożę też kilka spinaczy do bielizny. Czasami uda się coś w trasie przeprać.

To wszystko mieści się w torebce zawieszonej pod kierownicą. Wystarczy na wszelkie drobne awarie, które zdarzają się w trasie.

Po trzecie kosmetyki i apteczka

Zacznijmy od tego, że wożę ze sobą taką klasyczną małą apteczkę z plastrami, bandażami, gazami i innymi pierdołami. Do tego jest kosmetyczka w której poza kosmetykami typu mydło, antyperspirant, woda toaletowa, pasta + szczoteczka są też podstawowe leki (coś przeciwbólowego, coś na biegunkę, woda utleniona czy trochę witamin którymi mogę się w trasie wspomóc).

Mam też ręcznik z gatunku tych szybkoschnących. Jego plusem jest mały rozmiar i jak sama nazwa wskazuje szybkie schnięcie. Z racji specyficznego materiału ma tej jeden bardzo irytujący minus – ciężko się nim porządnie wytrzeć. Coś za coś.

Kosmetyczka i apteczka jedzie u mnie zazwyczaj w jednej sakwie ze śpiworem.

Po czwarte ciuchy rowerowe + cywilne

Ciuchy nawet jeśli pakuję się oszczędnie zajmują najwięcej miejsca. Przeznaczam na nie całą jedną sakwę i wolne miejsce jakie zostało w tej drugiej. Przed wyjazdem trzeba zapomnieć o komforcie codziennej zmiany koszulki czy skarpet. Jadąc na dwa tygodnie trzeba by wtedy zabrać kilkanaście koszulek. Kilkanaście par skarpet. Kilkanaście par spodenek. Kilkanaście par gaci… Aby się zmieścić należałoby zabrać przyczepkę a i tak nie masz pewności że co wieczór będziesz mógł wziąć prysznic tak aby tą świeżą koszulkę założyć na niespocony garb…

Dlatego trzeba iść na kompromis. Koszulek rowerowych w tym roku zabrałem trzy. Spodenek rowerowych – dwie pary. Skarpet i gaci – po pięć. To taki zestaw obowiązkowy na każdy dzień niezależnie od pogody. Na chłodniejsze/gorsze dni w sakwach jechały też jedne długie legginsy na nogi. Jechała bluza rowerowa. Jechały dwie kurtki. Jedna cieńsza pełniąca rolę wiatrówki. Druga grubsza gdyby było zimno.

Do tego mam zawsze oddzielną reklamówkę zawierającą „żelazny zapas”, czyli zestaw ciuchów nie rowerowych. Najczęściej są to dresy, jakaś bluza i komplet bielizny. Pytanie po co i dlaczego?

Dlatego, że czasami poza kręceniem warto wyjść wieczorem na miasto.

Po piąte – elektronika

Pierwszy i najważniejszy jest tutaj telefon. Niezależnie od tego, że na urlopie prawie nie odbieram telefonów i dodzwonić się do mnie może raptem kilka osób to telefon musi być sprawny. W większości jedzie ze mną bez włączonego Internetu (bo po co?) i bardzo często w trybie ultraoszczędnym (mogę dzwonić i pisać – czego chcieć więcej?)

Zawsze też wożę ze sobą mały kompaktowy aparat, który cały czas robi lepsze zdjęcia niż mój smartfon. Do elektroniki zaliczam też zegarek, który mam na ręku i dzięki któremu wiem mniej więcej ile już przejechałem i która jest godzina. Mam też czołówkę. Przydaje się szczególnie jak trzeba wieczorem znaleźć jakiś drobiazg w ciemnym namiocie.

Ostatnim elementem jest powerbank – wszak wszystkie te sprzęty działają na prąd. Niemniej jednak powerbank nie jest podstawowym źródłem prądu. Gdzie tylko mogę korzystam z uprzejmości i gniazdek w sklepach, knajpach, czasem na polach namiotowych.

Elektronika (w foliowych woreczkach) razem z portfelem jest rozlokowana w plecaku/kamizelce, który mam niemal zawsze na sobie. Nawet jak zsiadam z roweru to wszystko to jest cały czas ze mną.

Tak się właśnie spakowałem na tegoroczny wyjazd. Bardzo podobnie wyglądało to też w poprzednich latach. Podobnie będzie też wyglądało przy następnym wyjeździe. Rzeczy które działają nie ma seansu zmieniać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *