Rowerowe początki

Pierwszego bakcyla na rower zaszczepił mi mój dziadek. Nie wiem ile miałem lat jak pierwszy raz zabrał mnie rowerem na przejażdżkę, ale wiem, że od samego początku polubiłem te wspólne wypady rowerowe. Były okazją do poznawania świata. Okazją do odkrywania nowych miejsc i dróg. Nowych oczywiście dla mnie, małego człowieczka ciekawego świata, bo mój dziadek zawsze doskonale wiedział gdzie jesteśmy.

Wypady nie były jakieś dalekie, bowiem najczęściej ich celem był: cmentarz w Wiskitkach (jakieś 6,5km w jedną stronę), wydmy w Międzyborowie (5km), czy taka jedna nieistniejąca już dziś polanka w lesie (3km). Oprócz tego różne inne trasy po Starych i Nowych Kozłowicach.

Dziadek ogólnie jeździł dużo, bardzo dużo. Zresztą mój dziadek w ogóle kondycję miał niesamowitą, normalnie człowiek nie do zdarcia. A mi się podobało to jeżdżenie. Tak to zawsze zamknięty w mieście miałem okazję poznać trochę okolice. Dorzucając do tego moje upodobanie to grzebania w mapach czułem się jak taki mały odkrywca.

Jak już więcej takich wycieczek odbyłem więcej to sobie zaczynałem kombinować, że skoro jakaś droga asfaltowa zaczyna się w tym miejscu a powiedzmy parę tygodni później widziałem podobną drogę wyłaniającą się kawałek dalej to zastanawiałem się czy można przejechać między tymi miejscami tą drogą czy nie? Pamiętam, że raz miałem okazję taką drogę sprawdzać, bo nawet mój dziadek nie był do końca pewien gdzie ta droga wylatuje z drugiej strony.

Coraz dalej i dalej

Z czasem jak robiłem się coraz starszy to wycieczki stały się dłuższe. W 1998 roku po raz pierwszy pojechałem z dziadkiem i zapewne z bratem na Kaski. To taka trochę większa wieś, w której mam rodzinę. To już nie był taki spacerek, że kilka kilometrów. To już było 20 km w jedną stronę i nie tylko po gładkim asfalcie. W połowie trasy był odcinek przez pole kukurydzy po piachu.

Z resztą, przejazd przez kukurydzę to zawsze był moment, w którym mogło się coś niespodziewanego zdarzyć. Do tej pory pamiętam trasę podstawową, że się wjeżdżało w pole, gdzieś tak w połowie tego pola był skręt w lewo, po 100 metrach w prawo i dalej prosto aż do wyjazdu na asfalt. No właśnie to była ta trasa, którą teoretycznie powinno się jeździć. Choć pamiętam przypadek, że było inaczej.

To już było w latach, kiedy dziadek już nie mógł jechać z nami i jechałem tylko z bratem i tatą. Ja, choć młody miałem największe doświadczenie na tej trasie. Nie licząc dziadka pokonałem ją największą ilość razy, więc siłą rzeczy przewodziłem wycieczce.

No i zaliczyłem wpadkę.

Tamtego lata chyba jakoś inaczej zaorali i zasiali tą kukurydzę, bo tak poprowadziłem wycieczkę, że wyjechaliśmy z pola kilka kilometrów dalej niż powinniśmy. Tak po prostu wjechaliśmy „tu” a nie wyjechaliśmy „tam”. Nie pamiętam skrętu w lewo, bo go nie było. Skrętu w prawo tym bardziej być nie mogło, bo skoro nie skręciłem w lewo… Po prostu jechałem tak jak prowadził kukurydziany korytarz. Ani widu by się rozejrzeć na boki. Zero orientacji przestrzennej. Żadnej kościelnej wieży na horyzoncie. Żadnego horyzontu! Korytarz w końcu nas zaprowadził na drugą stronę pola. Jest wieża kościelna! Tylko wieża z Szymanowa… a my jedziemy do Kask. Ups!

W sumie poznałem nową okolicę i kilka dróżek, na które potem wracałem, lecz za to trzeba było się więcej nakręcić.

No właśnie? Dziadek nie mógł jechać. Więc zacząłem jeździć sam. To był powód numer jeden z dwóch. Drugim była koleżanka z technikum, która mieszkała w Starych Kozłowicach, czyli całe 4km ode mnie. Skłamałbym mówiąc, że mi się nie podobała, ale to nie ta historia. Zacząłem jeździć na rowerze coraz więcej. Głównie do niej, ale od czasu do czasu zacząłem robić sobie wypady rowerowe. Odświeżałem sobie trasy przejeżdżane z dziadkiem i odkrywałem nowe drogi. I tak, co roku coraz dalej.

Często też łączyłem przyjemne z przyjemnym, czyli najpierw robiłem sobie jedno- lub dwugodzinną rowerową przejażdżkę by w drodze powrotnej zajrzeć do koleżanki na przysłowiowe cappuchino.

Gdzie mnie oczy poniosą

Szczytowy okres mojego pedałowania to rok 2004. Wtedy to nie było takie tam sobie pedałowanie dla samego pedałowania. Wtedy to był taki mój mały hardcore. Miałem power w nogach, nie było rzeczy niemożliwych i co ciekawe byłem niemal wszędzie tam gdzie chociażby pomyślałem „A może by tak pojechać do… ?”. No to jechałem. Zaliczałem w ten sposób na rowerze kolejne miasta, a każde coraz dalej od Żyrardowa: Mszczonów, Grodzisk Mazowiecki, Milanówek, Sochaczew, Skierniewice, Błonie, Grójec. W większości z tych miast byłem wielokrotnie.

W planach miałem wypady do kolejnych miast. Najbliżej miałem do Łowicza gdyż drogę w większości już znałem. Kwestia polegała tylko na zagospodarowaniu całego dnia na pedałowanie. A sięgałem coraz dalej. Na przykład do takiej Rawy Mazowieckiej.

 

Z rowerem na łąkachTamtego roku z trasy do Sochaczewa uczyniłem czasówkę. Asfalt gładki jak stół, pobocza szerokie to można zasuwać. Trasa do Sochaczewa i z powrotem to ze względu, że była długa (jakieś 50 kilometrów) i szybka, była jedyną, na której łapałem czasy. Wtedy miałem też pierwsze przebłyski tego, co dziś jest dla mnie oczywiste, czyli żeby na pierwszej połówce dystansu nie szaleć, bo na drugiej zdechnę. Najpiękniej to odczuwałem, gdy do Sochaczewa miałem wiatr w plecy a po nawrocie musiałem z tym wiatrem walczyć przez następne 25 kilometrów. Nikt nie mówił, że nauka jest lekka i przyjemna?

Inną ciekawą i słynną (przynajmniej dla mnie) trasą było coś, co nazwałem „Tour de Górki”. Ogólnie chodziło o trasę, która w jednym z cięższych momentów prowadziła przez wieś Górki. Dwie cechy charakterystyczne dla tej trasy: w rejonie Górek droga zawalona była piachem jak na plaży (pewnie ci z pobliskiej żwirowni mieli z tym coś wspólnego) oraz że nagrodą za przedarcie się przez te piachy będą sady owocowe. Jak już wiedziałem, co i jak to z domu brałem foliową torbę, którą wypychałem czereśniami do tego stopnia, że potem przez kilkanaście kilometrów plułem pestkami. Nigdy nikt się nie czepiał a poza tym kilka drzewek stało w krzakach za płotem i na dobrą sprawę nawet nie wchodziłem do czyjegoś sadu.

Po jakimś czasie zjeździłem już tereny dookoła całego miasta i zrodził mi się kolejny pomysł. A przejadę tak żeby okrążyć miasto dookoła a żeby kilometraż był odpowiedni to trasę opracowałem po asfaltowych drogach. Początek trasy pokrywał się ze znanym już „Tour de Górki” więc nazwałem to „Tour de Żyrardów”. Piękna trasa – 60km asfaltu, w końcowej części nawet nieco pagórkowata. Tamtego roku przejechałem ją dwukrotnie.

Ale to nie było wcale wszystko, na co mnie było stać.

Był kiedyś taki dzień, że przed południem wybrałem się na trasę do Sochaczewa. Obróciłem w tamtą i z powrotem i zajechałem do domu na obiad. I jak się najadłem i napiłem, to pomyślałem czy by znowu czegoś nie przejechać i wsiadłem z powrotem na rower i do 50km zrobionych przed południem dorobiłem „Tour de Górki”, co dało mi łącznie 100 kilometrów zrobione jednego dnia. I czułem się świetnie.

Tamtego roku zdałem też sobie sprawę, że pedałuję znacznie ponad średnią. Nawet mi przez myśl nie przeszłoby pomyśleć, że trenuję. Bo nie trenowałem. Jednak skoro już sobie zdałem sprawę, że robię znaczny kilometraż to zacząłem jeździć według jakiegoś schematu. Wiedziałem, że jazda jednego dnia 50 km a i następnego znowu 50 km to może być za dużo jak na moje możliwości. Choć jak pisałem potrafiłem, ot tak, przejechać i setkę. Podzieliłem sobie, więc swoje trasy na dwie kategorie. Krótkie, czyli do 30km, w najbliższym rejonie miasta. Znane już na wylot i służące do odpoczynku od tras dłuższych. No i często kończące się na podwórku koleżanki. A dłuższe to było jak łatwo przewidzieć od 30km w górę. Górna granica w założeniu nie istniała.

Rowerowa kraksa

Wszystko byłoby pięknie gdyby nie przydarzył mi się wypadek. Zdarzyło to się na jednej z długich tras. Historia wyjazdu była taka, że jedna z moich dobrych koleżanek poinformowała mnie, że będzie zdawać prawo jazdy. Cały Żyrardów domyślnie zdaje egzamin w Skierniewicach.

– Hmm? Skierniewice? – Tam mnie jeszcze wtedy nie było.

– Dobra, przejadę się!

Wyjechałem wcześniej żeby zdążyć. Nie pamiętam godzin, ale jak się później okazało to bym zdążył z zapasem. Trasa biegnąca głównie drogą wojewódzką, więc bez problemów i niespodzianek. Może było trochę ciasno momentami, gdyż z poboczami marnie, i droga łaciata, ale od kiedy ja się takimi rzeczami przejmowałem. Dojechałem szybko i sprawnie.

Wjechałem w Skierniewice. Zapas czasu jak już pisałem miałem dosyć znaczny. Był tylko jeden spory problem – kompletnie nie znałem miasta. Znałem drogę do centrum egzaminacyjnego, ale ze stacji PKP a nie tak ulicami miasta. Moja ambicja połączona z zapasem czasu nie pozwoliła mi się pytać miejscowych o drogę, tylko jeździłem po mieście próbując samemu się zorientować gdzie właściwie jestem.

Nie wiedziałem o jednym. Że gdybym wjeżdżając do miasta nie skręcił za tabliczką „Centrum”, tylko dalej jechał główną trasą to na miejsce dojechałbym w 5 minut. A tak, lawirowałem po Skierniewicach.

Jednak w końcu się połapałem. I właśnie w tym momencie jak wiedziałem gdzie jestem, gdzie jadę i gdzie mam skręcić by dojechać do celu z prawej strony wyskoczył mi samochód. Nie jechałem wolno! Odruchowo hamulce i skręt w bok. Samochód też dał po hamulcach. W ułamku sekundy odnotowałem pisk opon.

Pamiętam tą chwilę jak wiedziałem, że nie wyhamuję i wyrżnę w samochód. Taki ułamek sekundy, który zostaje wyryty w świadomości i zapada w pamięci na zawsze.

Uderzenie! Za szybko się zaczęło wszystko dziać bym mógł nad czymkolwiek panować. Nic nie mogłem zrobić. Uderzyłem całym impetem o maskę. Odbiłem się i przeleciałem nad nią zatrzymując się po drugiej stronie samochodu, na asfalcie. Rower w tym czasie wkręciło pod samochód.

Mi się na szczęście nic nie stało. Wyszedłem z tego z obitym barkiem od uderzenia o maskę i drobnymi otarciami od lądowania na drodze. Rower? I tak był nadwyrężony a po wypadku nadawał się już tylko na śmietnik.

W tym momencie kwestia czy zdążę do koleżanki upadła. Moje pedałowanie też padło. Choć nie na długo. Bo co prawda do tej koleżanki nie dojechałem, ale z dwoma innymi byłem umówiony na popołudniowo-wieczorną wycieczkę rowerową. Ładnym dziewczynom się nie odmawia, więc pojechałem – ale na składaku.

Sezon letni 2004 zakończyłem na składaku. Ograniczyły mi się nieco moje wycieczki rowerowe, ale jak jeździłem tak jeździłem. Nie zniósłbym gdybym miał całkowicie przestać jeździć na rowerze. W 2005 już z powrotem na normalnym rowerze kontynuowałem swoje eskapady. Trasy przestały być spektakularnie długie, ale za to zaczęły prowadzić coraz mniejszymi dróżkami. Był to też rok bardziej koedukacyjnego pedałowania, bo dosyć sporo jeździłem z kolegą. Z koleżankami też jeździłem, ale ciężko znaleźć dziewczynę, która jest w stanie pedałować chociażby kilkanaście kilometrów na raz. Nie mówiąc już o kilkudziesięciu. Z dziewczynami nie było mowy o ilości kilometrów, była mowa żeby się po prostu przejechać.

Więc jeździłem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *