Z PKP na wyścigi, czyli forma się przydaje

Czy forma, która jest efektem ćwiczeń fizycznych, może się przydać? Czy te wszystkie kilometry wybiegane w leśnych ostępach i po szczekających psami wsiach, coś dają w codziennym życiu? Czy to, że nie uprawiając triatlonu, interesuję się nim, coś mi daje?

Daje! Szczególnie, kiedy z domu wychodzę 8 minut przed odjazdem pociągu do pracy!

Jeszcze zabrać tablet. Jeszcze odwiesić ręcznik do łazienki. Kurka wodna!! Za 12 minut mam pociąg. Wciągam bluzę. Gdzie moja czapka? Jestem bez szans zdarzyć pieszo, więc wezmę rower. Dobra, mam czapkę! Plecak też mam, portfel z dokumentami i telefon też. Komputer już się wyłącza. Jeszcze zabrać klucze i można jechać. Patrzę na zegarek – zostało 10 minut!! Ale te minuty zapierniczają!!

Mam 2 kilometry do stacji. Musze zdarzyć. Tarabanie się z rowerem na klatkę. Zamykam drzwi, chowam klucze tracąc kolejne sekundy, które nie przybliżają mnie do pociągu. To jedyny pociąg, jaki mam by dojechać do pracy. Następny za 1,5 godziny. Jak nie zdarzę to będzie lipa, wielka lipa.

Wyjeżdżając z klatki mam 8 minut do odjazdu pociągu. Normalnie daję sobie kwadrans. Dziś mam raptem połowę. Od razu staję na pedały i ogień. Jeden chodnik, drugi chodnik. Zakręt przy placu zabaw biorę szorując lewą stopą o kostkę. Przed kołem przelatuje jakiś pies. Nie trafiłem go, więc pełna olewka. Jadę dalej goniąc pociąg.

Wyjeżdżam na ulicę. Jest równiej i mogę się rozpędzić. Cisnę, wrzucając przerzutki na 2-4. Więcej nie wrzucę, bo wiem z doświadczenia, że po mieście to bez sensu. Zapinam wreszcie kurtkę, która dotychczas łopotała na wietrze. Może będę bardziej aerodynamiczny?!

Przede mną seria zakrętów. Lewy, prawy, lewy, prawy… A czas ucieka. Teoretycznie jadąc 30 km\h do stacji dojechałbym w 2 minuty. Tylko, że mam zakręty, skrzyżowania i trzeba jeszcze rower przypiąć. A może też mój płotek pod stacją będzie bardziej zajęty niż zwykle?! Cholera jasna! Jeszcze 5 minut do odjazdu…

Zaczynam się męczyć. Mięśnie nie są przyzwyczajone do takiego ciśnięcia na pedały. Bolą! Jeszcze po prostej drodze mogę tak jechać, a tu mam zakręty, mam zmiany prędkości, zmiany przerzutek. A rano jeszcze biegałem… Boli, ale jak nie zdarzę to będzie źle… To jest jeszcze gorsze niż zawody!! Na zawodach nawet jak będę minutę później to nic się tak na prawdę nie stanie. Tutaj muszę być dokładnie na daną godzinę, bo odjedzie mi mój jedyny pociąg do pracy. Tak, więc muszę cisnąć. Musze zdarzyć, choćby nie wiem co. To klasyczny system zero jedynkowy. Albo jest OK. Albo do dupy.

Dojeżdżam do torów. Mam trochę w dół wiec się rozpędzam a nogi maja trochę luzu. Potem most i pod górę. Kurna mać!! To już na prawdę nie jest śmieszne. Wiem, że muszę cisnąć, muszę pedałować. Daleko przed sobą widzę jak w peronie stoi pociąg. Mój pociąg!! Patrzę na zegarek – 3 minuty do odjazdu. Musze zdarzyć. Nie może mi odjechać…

Minutę później, kiedy już widzę budynek dworca wyciągam w trakcie jazdy klucze. Ten, od zapięcia rowerowego biorę w zęby, bo potrzebuje obu rąk przy wjeżdżaniu. Musze się zmieścić miedzy barierkami, zatoczkami i przede wszystkim między ludźmi. Nie chciałbym wpaść na kogoś. Albo na coś…

 

Kiedy wjeżdżam szerokim lukiem pod wejście na perony została mi minuta. Zeskakuję z roweru w biegu. To jedyna rzecz, którą umiem robić jak rasowi triatlonisci. Robię to za szybko i wręcz przez chwile muszę gonić rower, ale dopadam biegiem do płotu. Kątem oka widzę kanara przy drzwiach pociągu. Patrzę na niego i szybko odpinam zapięcie roweru i przypinam rower do płotu. Pamiętam nawet o tym by zapiąć i koło i ramę. Pamiętam nawet o tym by rozpiąć tylny, zepsuty hamulec i wyszarpnąć z ramy jego równie mało przydatną linkę. Robię tak zawsze zostawiając rower przy stacji i mam nadzieję, że dzięki temu cały czas go mam. Robię to zawsze, więc nawet teraz, śpiesząc się jak cholera, również o tym pamiętałem.

Potem klucze w rękę i biegiem na peron. Kurna!! Jak w triatlonie!! Więc biegnę najpierw schodami w dół. Potem w górę i wiem, że wolę to niż ciśniecie na pedały. Wpadam na peron w momencie, kiedy kanar gwiżdże do odjazdu…

Wskakuje do pociągu… Jadę do pracy. Dałem radę! Wygrałem ten wyścig!!

Tylko szkoda, że za takie codzienne wyścigi nie dają medali…

Skomentowali

  • 20.09.2013 at 21:37
    Permalink

    E, szkoda – myślałem że będzie jak w triathlonie czyli rowerem, przez Wisłę wpław i potem biegiem do pracy 😉
    Ja też rano zawsze za późno wychodzę na pociąg, na szczęście mam 3 minuty spacerkiem do stacji a następńy za 16 minut. No izawsze mogę pobiec do pracy tak jak chociażby dzisiaj rano 🙂

    Odpowiedz
    • 21.09.2013 at 09:31
      Permalink

      Ja nie mam tak dobrze. Bez roweru też czasami idę „na styk”. Rower mnie rozleniwił i „na styk” doprowadzam czasami do granic wytrzymałości. Niby sobie obiecuję, że to już ostatni raz i będę wychodził wcześniej ale to nie takie proste 😉

      Odpowiedz
  • 22.09.2013 at 21:22
    Permalink

    Łooo, człowieku. Czytałem ten tekst z takim napięciem, jakbym czytał dobrą sensację 😉 Kto by pomyślał, że można tak opisać drogę do pracy 😉

    Odpowiedz
  • 25.09.2013 at 09:51
    Permalink

    Dobre, wszedłem w HR2 w czasie czytania 😀

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *