Roztocze 2018 – finał w Lublinie

Wstałem przed ósmą. Pierwsze co to spojrzałem w okno – nie pada! Zacząłem się ubierać i szykować do drogi. Znów wyglądam przez okno – nie pada! Kiedy wystawiam rower przed schronisko i patrzę w niebo – nie pada!

Może jednak nie będę całej drogi do Lublina jechał w deszczu…

Roztocze 2018 (dzień 10 z 10)
Trasa Chełm-Wierzbica-Puchaczów-Świdnik-Lublin
Dystans 98,3 km (razem: 984,2 km)

Roztocze 2018 - dzień 10

Wytoczyłem się jeszcze raz na plac Łuczkowskiego. Zrobiłem małe zakupy na drogę i wrzuciłem coś na ząb w Greli. Co? Cebularz, który jest charakterystycznym wypiekiem Lubelszczyzny. Ja poprosiłem specjalnie o taki dobrze wypieczony.

Chełm - cebularz

A potem pojechałem. Wyjechałem w stronę Wierzbicy. Chmury straszyły i straszyły, ale cały czas nie padało. Mijałem jedną wieś… nie pada. Minąłem kolejną… nie pada! Mijałem kolejne wioski i… nie padało!!!

Gdzieś z tyłu głowy miałem przekonanie, że to byłoby za piękne aby nie padało cały dzień. Widząc kolejną czarną chmurę nadciągającą z dowolnej strony świata miałem przekonanie, że z tej chmury na już na pewno lunie. Że nie można mieć tyle szczęścia naraz…

Droga do Lublina

Jednak szczęście miałem. Pogoda z uporem maniaka miała głęboko w chmurach to co ja sobie myślę. Matka natura przeganiała nade mną kolejne chmurzyska, ale… nie padało! Gdzieś w połowie trasy, kiedy dla pokrzepienia ciała i duszy wciągałem kolejnego tego dnia cebularza, napisałem meldunek z trasy. Brzmiał:

„Jestem w Puchaczowie. Nadal nie pada. Prognozy pogody kłamią!”

Prognozy kłamały do samego końca i to solidnie, bo tuż przed Lublinem w Mełgiewie nawet wyszło słońce. Chwila słońca nie spowodowała, że wszystkie chmury znad horyzontu zniknęły, ale promienie słoneczne były zdecydowanie przyjemną odmianą od oglądania się za czarnymi chmurami.

Mełgiew - śmigłowiec

Tak dojechałem do Lublina. To drugie największe miasto do jakiego wjeżdżałem rowerem po Warszawie. Na wjeździe też problemy takie trochę warszawskie, czyli drogi zamknięte przez remonty, czyli korki, czyli urywające się ścieżki rowerowe… Nie było łatwo pod kątem technicznym, pewnie złamałem jakiś przepis drogowy, ale jechałem prosto na zamek.

Kiedy stanąłem na skrzyżowaniu pod zamkiem została mi ostatnia górka a raczej ostatnie schody. Teraz wiem, że pod zamek można podjechać bez noszenia roweru, ale stwierdziłem, że skoro już tyle przejechałem to rower na górę po tych schodach choćby i w zębach wniosę. Zarzuciłem te 30 kilogramów na bark i poszedłem. Jedne schody, drugie schody… piąte schody. Ufff… Jestem na szczycie!

Dzień dobry Lublin!!

Lublin - zamek

 

Jak się później okazało był to finał mojej rowerowej przygody. Potem oczywiście zwiedziłem i obszedłem całe Stare Miasto i Krakowskie Przedmieście. Wlazłem na taras widokowy przy CSK, zjadłem forszmak w knajpie Św. Michał, wychyliłem kufel czarnego piwa o jakże sympatycznej nazwie „Lublin to Dublin”, a wieczorem wylądowałem na Placu Litewskim na pokazie fontann multimedialnych.

Lublin - Centrum Spotkania Kultur

W ten sposób w Lublinie zakończyła się moja wyprawa. Pomysł powrotu do domu na kołach jednak odpuściłem. W tej wyprawie brałem pod uwagę wariant z metą w Lublinie i tak też się stało. Przede wszystkim z racji prognoz pogody i rzęsistego deszczu rankiem następnego kiedy miałbym ruszać w 150 kilometrową trasę. Posłuchałem głosu rozsądku, który mówił, żebym wrócił do Warszawy pociągiem. Głos rozsądku miał rację. Padało dwa dni…

Finalnie przez 10 dni spędziłem na rowerze prawie 48 godzin przejeżdżając około 1000 km. Dla jednych to dużo, dla innych mało. Dla mnie jest to odpowiednia ilość tym bardziej, że ilość przejechanych kilometrów nie była podczas tego wyjazdu kluczowa. Ba! Była jedna z mniej istotnych rzeczy.

Dużo bardziej liczyła się przygoda, relaks i poznawanie nowych miejsc.

A tego wszystkiego miałem pod dostatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *