Mazury 2016 – Operacja Grunwald!!

Pomysł na urlop był taki – rzucić to wszytko i pojechać… nie, nie w Bieszczady. Gdzieś na północ. Planowałem nad morze, ale zostałem na Grunwaldzie i zjeździłem Warmię i Mazury. Niezależnie jednak od ostatecznego celu, pierwszego dnia musiałem „tylko” dojechać na Grunwald.

A wiec, jak powiedział Król Jagiełło do swoich wojaków – Na Grunwald!!

Start z Żyrardowa wcześnie rano. Planowałem wyjechać o 5:00 ale wiadomo – musiałem zabrać jeszcze to, jeszcze tamto. A jeszcze łyk kawy… Pol godziny różnicy nie robiło.

Start z Żyrardowa

Pierwsze 50 kilometrów mógłbym jechać w ciemno bo znam drogę na pamięć. Najpierw na Sochaczew. Planowałem bocznymi drogami, ale jak zobaczyłem jaki „gigantyczny” ruch jest na krajowej drodze 50 w niedziele o 6 rano, to nie chciało mi się bawić w boczne wiejskie drogi i pojechałem do Sochaczewa „krajówką”.

Im mniejsze drogi tym lepiej

Boczne drogi generalnie są bezpieczniejsze od tych głównych i planując trasę ułożyłem ją tak aby maksymalnie omijać drogi krajowe, gdzie ruch jest największy i nawet jeśli jest pobocze to jest mniej bezpiecznie. Na drogach wojewódzkich jest lepiej, a najlepiej jechać drogami powiatowymi. O kwestie czy będzie gdzie się zatrzymać, lub co zjeść nie martwiłem się. Sklepy spożywcze są wszędzie. Lepiej też się zatrzymywać w takich wiejskich spożywczakach – mniej strachu o rower, klimat taki swojski, miejscowi bardziej pomocni i z reguły jest taniej niż w miastach…

Natomiast miałem przed sobą bite 200 km drogi i skoro droga krajowa jest pusta, to w takim przypadku nie ma sensu z niej uciekać.

W ten sposób godzinę później bylem już w Sochaczewie.

Sochaczew

Dalej również bez niespodzianek. Droga wzdłuż Bzury prowadziła mnie prosto na Kamion. Jechaliśmy nią jakiś tydzień temu jadąc na Wyszogród i Czerwińsk. Ja jechałem teraz o wiele dalej. Na tyle daleko ze nie próbowałem w głowie rozkminiać gdzie jest Grunwald, tylko miałem na celu i odhaczałem kolejne miejscowości. Po wyjechaniu z Sochaczewa celem był Wyszogród i most na Wiśle. Tutaj kończy się moja okolica a zaczyna „terra incognita”

Most w Wyszogrodzie

Następne za Wyszogrodem było Bulkowo.

Którędy na Bulkowo?!

W miarę prostej bocznej drogi na Bulkowo nie znalazłem na mapie. Za Wyszogrodem więc planowo znowu wjechałem na drogę krajową 50 i jechałem z zamiarem skrętu w lewo i jechania na Bulkowo. Trochę mi nie wyszło… Zaczęło się od tego ze zjechałem nie w tym miejscu gdzie zakładałem. Potem wyjechałem na jakieś pola, na jakieś szutrowe drogi. Wiedziałem, że coś jest nie tak i wtedy pierwszy raz padło pytanie:

  • Którędy na Bulkowo?!
  • Na Bulkowo?! Czekaj pan, znajdę jakiegoś patyka to panu narysuje…

No i narysował. Plan był taki: miałem jechać prosto, a jak po lewej będę miał krzyż to mam skręcić w prawo. Potem kawałek ta żwirówką i dojadę do asfaltowej szosy. Tam w lewo. Wszystko to miałem narysowane patykiem na drodze…

Dla takich wyjaśnień warto się czasami zgubić.

To jednak nie było takie proste, bo o ile szosę znalazłem to znowu coś pokręciłem. Znowu jechałem nie tam gdzie powinienem. Tym razem był to jednak totalny dziki zachód i nawet nie było się kogo o drogę zapytać. Wyjąłem mapę, oparłem ją o kierownik i jechałem. Sam się musiałem połapać. Kiedy w końcu mi się to udało na widnokręgu pojawił się spożywczak ze „stałymi bywalcami” którym na pytanie:

  • Którędy na Bulkowo

Zostało tylko  jedno do powiedzenia

  • Prosto, panie, prosto.

Droga Bulkowo

Za Bulkowem było prościej. Droga na Górę (taka miejscowość) była prostsza. Prostsza w sensie, że były znaki i nie było zakrętów. Był za to po raz pierwszy na tym wyjeździe pagórkowaty teren. Do tego od jakiegoś czasu wiało. Na szczęście z boku więc co najwyżej podczas podmuchów potrafiło rowerem trochę zabujać.

W Górze pogadanka z kolejnym „stałym bywalcem”. Wyłuszczył mi że na na Raciąż można jechać przez Gralewo, ale „droga panie to dziura na dziurze”. On radzi jechać drogą krajową na Drobin i stamtąd na Raciąż. Dróg krajowych unikałem, więc pojechałem tak jak wstępnie zakładałem dziurami przez Gralewo i na Raciąż. Dziur w rzeczywistości nie było aż tak dużo. Owszem droga raczej lata świetności miała za sobą ale dużo gorszymi jeździłem.

Półmetek w Raciążu

Do Raciąża dojechałem bez niespodzianek. Miasto to przywitało mnie drewnianymi domkami w środku miasta i pustkami. W niedzielę przed południem wszyscy byli w kościele na mszy. Wszystko inne było pozamykane. Za to starodawne przyciski z wodą były idealne do opłukania rąk i bidonów. W ten sposób rozlałem wodę (i zepsułem kadr) widoczną na zdjęciu poniżej.

Domki w Raciążu

Raciąż to dokładnie półmetek drogi, skąd zarówno do Żyrardowa jak i na Grunwald mam jakieś 100 kilometrów. Chciałem na tym półmetku na chwilę usiąść i coś zjeść. Był tylko jeden problem – nie widziałem żadnego otwartego sklepu spożywczego! O jakiejś knajpie nie mówiąc. Zamiast nich na raciąskim rynku znalazłem aż 3 lodziarnie. Lody zamiast ciepłego obiadu?! Hmmm…

Lody w Raciążu

Skusiłem się na lody, a na popas pojechałem dalej.

Ile żarcia wejdzie w koszulki rowerowe?

Z resztą popas nie był konieczny. Koszulki rowerowe mają to do siebie, że mają na plecach kieszonki. Moje tego i każdego kolejnego dnia były wypchane batonami, żelkami i bananami. Wszystko to mogłem jeść w drodze nie zsiadając z roweru. Najczęściej miałem tego tyle, że podczas jazdy jak mnie łapał głód lub stwierdzałem, że czas się posilić to mogłem wybierać co z kieszonek wyciągnę. Grunt to tylko pilnować aby zawsze coś w nich było. Jak się skończą banany to warto je kupić przy najbliższej okazji, jak się skończą batony to też trzeba dokupić. Jak się skończą żele… to ich nie kupię w wiejskich spożywczakach. Ale to najmniejsza strata bo żeli w trasie jadłem najmniej. Batony i banany królowały. Nigdy też przez cały wyjazd nie opróżniłem kieszonek do końca. Zawsze było w nich coś do zjedzenia.

Przerwę i popas zrobiłem za to w Radzanowie – kilkanaście kilometrów dalej za Raciążem.

Przerwa w Radzanowie

Radzanów to mała gminna miejscowość, ale co mnie mile zaskoczyło, z dobrze zaopatrzonym sklepem Carrefour Express. W dodatku, jak to w carrefourach, można płacić kartą. Uzupełniłem więc zapasy, pojadłem, posiedziałem na rynku, objechałem go dookoła. Stanąłem na chwilę pod kościołem, gdzie podszedł do mnie jakiś gość.

  • Daleko jedziesz? – słyszę
  • Na Grunwald!
  • Serio?!
  • Serio, zostało mi jeszcze jakieś 100 kilometrów…

Tak sobie pogadaliśmy. Dowiedziałem się też, że za rzeką Wkrą jest Ratowo w którym jest Sanktuarium św. Antoniego. Warto na chwilę zajechać. To zajechełem.

Sanktuarium św. Antoniego

A potem pojechałem dalej. Kolejną wioską na szlaku był Szreńsk. Wodę w bidonach miałem, bananów na plecach całą masę, więc Szreńsk szybko minąłem. Kilka może kilkanaście kilometrów dalej kiedy zbliżałem się do Lipowca Kościelnego zaczęły się górki. Dokładniej jest to teren rezerwatu Baranie Góry – nie znam, ale sądząc z nazwy raczej nie będzie płasko.

Tam gdzie zaczynają się Mazury

Nie było i tak na prawdę jadąc z Żyrardowa na Grunwald to właśnie w tym miejscu zaczynają się pagórki. Granica administracyjna między województwami mazowieckim a warmińsko-mazurskim jest dalej, ale faktycznie te kilka kilometrów przed Lipowcem w miejscu gdzie zaczynają się Baranie Góry to taki moment, że poczułem w nogach że skończyło mi się mniej lub bardziej płaskie Mazowsze a zaczęły morenowe górki Mazur. Teraz już nie będzie lekko.

Baranie Góry

Za Lipowcem teren już zupełnie inny i górki już zdecydowanie morenowe. Jedzie się raz w górę, raz w dół. Działdowo z jednej z takich górek widać, choć do niego jest jeszcze dobre 5 kilometrów jazdy.

Działdowo

Działdowo to już Mazury pełną gębą – geograficznie, administracyjnie i historycznie. Tu ma być pagórkowato. Tutaj też zaczynają krzyżackie zamki. To co widać poniżej to pozostałości tego działdowskiego.

Działdowo

Działdowo to też drugie największe (po Sochaczewie) miasto na moim grunwaldzkim szlaku. W dodatku najładniejsze i warto się w nim na chwilę zatrzymać. Obejść rynek, starówkę i przede wszystkim zjeść coś bo od rana nic ciepłego nie jadłem. Miałem sporo zapasu przed Grunwaldem i zachodem słońca, więc i czasu na działdowskim rynku spędziłem sporo.

Działdowo - rynek

Końcówka w miarę spokojna choć w rejonie Dąbrówna górki i podjazdy wkroczyły na jeszcze wyższy poziom. Trzeba była mocniej redukować przerzutki aby na nie wjeżdżać. Ale najważniejsze było to że Grunwald już był blisko, bardzo blisko. Dawało to niezłego kopa aby pod kolejne górki wjeżdżać najmocniej jak się da. Każda taka górka to jedna górka bliżej do celu.

Grunwald - 21 km

Na Grunwald zajechałem około 18:30, czyli jakieś 13 godzin po wyjechaniu z domu. Odliczając przerwy samej jazdy na rowerze wyszło mi tego dnia niecałe 11 godzin. Nigdy wcześniej tyle nie jechałem.

Natomiast na Grunwald wjechałem na sam szczyt. Nie po to jechałem cały dzień, aby wprowadzić rower na górę. Przejechałem przez parking, przejechałem chodnikiem. Schody na szczyt wzgórza grunwaldzkiego minąłem jadąc wijącą się zygzakiem ścieżką dla niepełnosprawnych. Wjechałem na samą górę! Dojechałem!!

Grunwald

Satysfakcja z tego, że zrobiłem to sam, na własnych nogach i w dobrej formie bez żadnych kryzysów była ogromna! Nadal jest!!

Tego dnia przejechałem 209 kilometrów. A to dopiero początek.

Mazury 2016 – zobacz co się działo kolejnego dnia!

Skomentowali

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *